Pamięci Ryszarda Werona

niezastąpionego człowieka, kynologa o ogromniej wiedzy i energii,

ogromnemu pasjonatowi Gończego polskiego ...

Ryszard Weron (1952-2008)

***

Gdy wybije mej śmierci godzina
pochowajcie mnie w kniei zielonej ...
niech nade mną zaszumi gęstwina,
hymn myśliwski radości minionej
kiedy wiosna radosna nastanie
niech nade mną pieśń głuszca posłyszę,
niechaj słonek miłosne chrapanie
do snu mogiłę kołysze.
Gdy po letnim szaleństwie zieleni
szczere złoto okryje konary,
gdy nadejdzie cudny czas jesieni
niech nade mną zagrają ogary ...
Na ten głos mojej duszy tak miły
żar zakipi w sercu wystudzonym
i ożyję i wstanę z mogiły
chwycę broń i polecę za gonem...

Julian Ejsmond

 

Sezon łowiecki wkraczał w końcowe porykiwania byków, stadni mocarze powoli opuszczali chmary łań i zaszywali się w najgłębszych ostępach boru. Na polach pozostawały jeszcze nieliczne okopowe. Podczas szacowania szkód łowieckich wyrządzonych w marchwi, w celu spisania końcowego protokołu, zostałem zaproszony wraz z Tadkiem, kolegą z koła, specjalistą od szacowania, do domu rolnika. Gospodyni ugasiła nasze pragnienie szklanką soku z marchwi. Na zakończenie wizyty, gdy opuszczaliśmy gościnne progi, gospodarz spytał: a nie wiecie panowie myśliwi kto by chciał psa myśliwskiego? Oddam darmo, mnie nic po nim, kury łapie, króliki dusi, szkody robi we wsi, nie trzyma się domu, z łańcucha się zerwał, więc musiałem zamknąć go w klatce. W tamtym czasie miałem w domu trzy suki: Posokowca bawarskiego, Małego Münsterlandera, oraz Jamnika krótkowłosego miniaturę, co prawda suki były już leciwe i niewiele pomocne w polowaniu. Nie byłem nigdy zwolennikiem hodowania psów z niewiadomego pochodzenia, zawsze wychowywałem sam szczeniaki, więc ofertę zbyłem.

Spod stodoły dochodziło szczekanie, a że jestem psiarzem, to musiałem zobaczyć tego myśliwskiego psa, chociażby po to, by domyślać się jakie rasy mogły to "cudo" stworzyć i do jakiego polowania gospodarz by go polecił. W klatce szerokiej na sześćdziesiąt centymetrów, dwa metry długiej i wysokiej na metr, znajdował się czarny podpalany pies, który jednostajnie szczekał na nieznajomych. Podeszliśmy bliżej, naszym oczom ukazało się coś co było kiedyś psem. Czarna sierść była naprawdę popielata, podkasany brzuch, wystające wyrostki kręgosłupa, obciągnięte skórą kości miednicy, oraz odznaczające się żebra wskazywały na bardzo zabiedzoną suczkę Whippet'a, jedynie głowa mówiła o przynależności do innej rasy, tak rasy, byłem przekonany, że tak szlachetna głowa musiała powstać w wyniku przemyślanej hodowli. Tadek zagadnął gospodarza: skąd pochodzi ten ogar?, gdyż jego ojciec, stary myśliwy, leśnik hodował dawniej ogary i Tadek doskonale pamiętał polowania z nimi. Gospodarz opowiedział historię suczki, jak trafiła od "miastowych", zamykana w mieszkaniu, podczas gdy domownicy byli w pracy robiła dużo szkód. Pogryzła dywany, meble, zrzuciła telewizor. W dobrej wierze właściciele z miasta oddali psa na wieś, tam będzie mu dobrze, dużo swobody, ruchu, wiejskie jedzenie. - Ta suka ma papiery, a rasa nazywa się Gończy polski, poinformował gospodarz i na dowód wyskrobał paznokciem błoto z ucha psa pokazując tatuaż. My nazywamy ją LUTNIA, tak jak ci państwo z miasta – oświadczył. Zrobiło mi się żal hrabianki, którą losy pokierowały do wiejskiego więzienia, za jej naturę, za to czego od niej oczekiwał człowiek, przez wiele lat tworząc cechy psa pomocnego mu w polowaniu. Rolnik, chcąc mieć stróża, walory myśliwskie ograniczył w prosty sposób, klatką, więzienie równie skutecznie chroniło dziewictwo suki. Pozostało jej tylko przezwisko nadane psu gończemu, którego gra podczas polowania informuje myśliwego o wszystkim, co dzieje się podczas gonu. Byłem przekonany, że przezwisko Gończemu nadał hodowca, było bardzo pasujące do rasy. Nie było mowy żebym ją przygarnął, czwarty pies? - szaleństwo! Postanowiłem suczce znaleźć innego opiekuna.

Po przyjeździe do domu opowiedziałem całe zdarzenie, małżonka i reszta domowników, wszyscy psiarze, z zainteresowaniem wysłuchali całej historii współczując suczce, ale pełni rozsądku, zgodnie stwierdzili, że należy znaleźć kogoś, kto należycie opiekowałby się zwierzęciem. Rozsądku zabrakło synowi Grzegorzowi, który powiedział: a ja ją chcę! Nie pomagały perswazje, powoływanie na brak czasu dla czterech psów, trudność wyszkolenia dwuletniej suki, brak rodowodu, Grzesiek postanowił mieć tego Gończego. Przyznam, że zawsze chciałem mieć Ogara polskiego, polską rasę myśliwską, miałem pod ręką Gończego polskiego, rozważałem – zostawię sobie jedno szczenię z miotu i ułożę do polowania według swoich zapotrzebowań, ale to będzie jeszcze jeden pies w domu, a może LUTNIA okaże się przynajmniej dobrym tropowcem? Tropowca potrzebowałem, gdyż mój posokowiec tracił powoli węch. Traciłem zdrowy rozsądek. Od tego czasu powroty z rewiru, w którym poluję przebiegały przez miejscowość gdzie w nie sprzątanej klatce, karmiona raz dziennie resztkami ze stołu "pana", do których czasami wetknięto rarytas w postaci kurzych piszczeli, mieszkała polska hrabianka. Nie miałem odwagi wstąpić do obejścia, by ją zobaczyć, liczyłem na przypadkowe spotkanie. Po każdym powrocie z polowania Grzesiek sprawdzał, czy przypadkiem nie przywiozłem psa.

Nareszcie sytuacja dojrzała, najważniejsza w domu osoba – żona, zgodziła się żeby suczka do chwili znalezienia jej nowego, godnego opiekuna, przebywała w naszym domu. Kolejny wyjazd na polowanie nie przyniósł mi efektu w postaci upolowanej zwierzyny, wracając, wiedziałem, że będzie należał do bardziej udanych. Dreszczyk emocji mrowił mi plecy. Obawiałem się, czy gospodarz nie oddał już komukolwiek psa, czy może rozmyślił się i zatrzyma suczkę? Wjechałem na podwórze, powitało mnie ostre szczekanie psa, oznajmiające, że w obejście wtargnął intruz. Pies pomimo marnej zapłaty, służył wiernie gospodarzowi, pomyślałem. Pełen obaw, przypomniałem ofertę gospodarza z przed kilku tygodni, była aktualna, ale już nie darmowa. Gospodarz zażądał w zamian w przyszłości jakiegoś domowego szczeniaka, bez wahania zgodziłem się. Odpiąłem pasek od sztucera, zapiąłem go do obroży, która kiedyś była częścią końskiego rzędu i obawiając się agresji wprowadziłem sukę do "malucha". Były właściciel ostrzegł mnie – niech Pan uważa, może złapać. Pies, cały drżąc z emocji i strachu siedział na tylnym siedzeniu, zdeprymowany nowym miejscem, skulony, cały czas czujny, gotowy do obrony. Przebywał zaledwie w odległości kilkunastu centymetrów od intruza, którego niedawno oszczekiwał. Mnie też było nieswojo, gdyż czułem, panicznie przyśpieszony, wilgotny oddech tuż na plecach. W czasie drogi cały czas mówiłem do suczki, próbując ją uspokoić. Nie dawało to zbyt wiele. Po kilku kilometrach zatrzymałem się, by psa wyprowadzić i spokojnie pooglądać nowy nabytek bez świadków, tak jak ogląda się upragniony samochód w czasie drogi do domu po jego zakupie, dostrzegając jego wady i rysy na lakierze, które wcześniej amok zakupów nie pozwolił zobaczyć, a które domownicy zaraz wytkną. Suczka zachowywała się nieufnie, nie mogłem spuścić jej z prowizorycznego otoku, obawiając się że mi ucieknie. Na siedzeniu w rogu zobaczyłem coś co było celem wyprowadzenia psa. Nieprzygotowany na taką przygodę poświęciłem do posprzątania niespodzianki rękawice robocze, które zawsze służyły mi do obsługi auta. Zachowanie psa świadczyło o przeżytym wielkim stresie. Po kilkudziesięciu metrach spaceru zauważyłem, że suczka bardzo dobrze chodzi przy nodze, więc jakieś podstawy wychowania ma. Powoli uspokajała się, musieliśmy jechać dalej, niechętnie zajęła miejsce w pomieszczeniu które było zbyt małą budą na "dużego dwunożnego białego psa" i filigranowej w porównaniu z nim suczki. Po przybyciu, nerwowo zwiedziła dom i ogród. Agresywnie zachowywała się do spokojnych psów, które mieszkały u nas od urodzenia, szybko wyrobiła sobie pozycję przewodnika stada. Wszystkim bardzo się spodobała, pomimo zaniedbania cechowała się szlachetnym wyglądem.

Już nie szukaliśmy nikogo, żeby oddać LUTNIĘ. Zaczęliśmy od wizyty u lekarza, suczka była zagrzybiona, zapchlona i bardzo wychudzona. Poprzedni właściciel ograniczał jej "karmę" w celu osłabienia temperamentu jakim obdarzyła ją natura. LUTNIA jadłaby cały dzień, karmiliśmy ją często, ale w niewielkich porcjach. Suka szybko budowała sylwetkę. Długie spacery po lesie, pierwsze polowania, praca na ścieżkach tropowych i dobra karma pozwoliły psu dojść do doskonałej formy psychicznej i fizycznej. Minęła zima, zaczęliśmy myśleć o sezonie wystawowym, należało dotrzeć do rodowodu. Tatuaż mówił, że szczenię pochodziło z oddziału krakowskiego. Dzięki uprzejmości Pani Magdaleny Musiał dotarliśmy do hodowcy Gończych polskich i LUTNI, obecnie mojego serdecznego przyjaciela Wojtka Machaja, ten z kolei wskazał nam osobę która od niego kupiła szczenię. Po rozmowie telefonicznej z prawnym właścicielem dowiedzieliśmy się, że LUTNIĘ Cnotliwy Nos możemy zatrzymać, a rodowód zostanie przesłany pocztą. Na pierwszej jej wystawie która odbywała się w Zabrzu, nasza suczka dostała złoty medal w otwartej klasie, w następną niedzielę na międzynarodowej wystawie we Wrocławiu była już Zwycięzcą Rasy. Do tej pory zdobyła tytuły: Championa Polski, Zwycięzcy Polski, Zwycięzcy Europy Środkowej i Wschodniej w Poznaniu, wielokrotnie ogłaszano ją Zwycięzcą Rasy, wielokrotnie zdobyła wnioski na międzynarodowego i krajowego championa. Jest ozdobą każdej wystawy, na której się znajduje.

LUTNIA dała nam do tej pory dwa mioty, jej potomstwo święci nie mniejsze sukcesy niż ona sama. W roku 2001 na Klubowej Wystawie Ogarów i Gończych polskich w Łodzi, nasza hodowla została uznana za II Najlepszą Hodowlę Gończych polskich, jej córki LARA i LANCA zostały uznane za Najlepszą Parę Psów. Pod względem użytkowym jest mi bardzo pomocna, zwłaszcza jako tropowiec, jej dzieci zaczynają ją powoli w pracy wyprzedzać. LUTNIA nigdy nie zgubiła złotego pantofelka, co nie przeszkodziło by z wiejskiej zagrody trafić na salony największych wystaw w Polsce i być na nich najpiękniejszą księżniczką.
Przypadkowe, ale barwne spotkanie z Gończym polskim pozwoliło mi tę rasę pokochać, związać się z nią na całe życie, cenić jako towarzysza łowów i nie zdradzić jej dla żadnej innej.